Ostatni dzień.
- Mar 29, 2018
- 4 min read
Updated: Jan 17, 2019
29 Lipiec 2015
Londyn, UK

Londyńskie popołudnie oblane było gorącym słońcem i dusznym powietrzem.
Wydawałoby się jakby miasto miało zaraz pęknąć - jak jakaś rozgrzana do granic możliwości szklana bańka.
Wracałem z sądu i byłem w metrze. Moim celem był szpital w centrum angielskiej stolicy.
Metro było rozgrzane jak piec, a głowa pękała mi od kolejnego ataku migreny. Na szczęście podróż nie była zbyt długa, choć dzisiaj wydawała się nie mieć końca. Byłem emocjonalnie wykończony i bardzo mi się chciało pić. Jedyną rzeczą, która mnie dopingowała, była świadomość, że zaraz ujrzę mój skarb.
Ktoś, kogo kochałem ponad życie - od dwóch miesięcy leżał w szpitalu i przechodził drugi cykl chemioterapii.
Walczył z odmianą białaczki.
Za każdym razem, kiedy wchodziłem do tego szpitala, w powietrzu czułem unoszący się zapach chorób. Chciało mi się wymiotować na samą myśl o tym, że jedna z tych chorób zabijała mojego ukochanego chłopaka. Za każdym razem, gdy szedłem w kierunku szpitalnych wind, łudziłem się, że to tylko jakiś koszmar. Że zaraz się z niego obudzę. Była to jednak okrutna rzeczywistość.
Ten dzień, był cięższym od innych.
Wcześniej w sądzie, mój obrońca powiedział mi, że ława przysięgłych powinna jutro orzec w mojej sprawie. Dyskutowali już od 8 dni. Mój obrońca stwierdził, że główny sędzia zamierzał grać w golfa ze swoimi przyjaciółmi następnego dnia i że nie było mu na rękę siedzieć kolejnego dnia w pracy - dlatego ich ponaglał.
Ja natomiast gdzieś w głębi serca czułem, że uznają mnie za winnego.
Myśl ta była przerażająca, choć część mnie czuła wewnętrzny spokój.
Nigdy nie byłem wierzący, ale wtedy w sądzie poprosiłem Boga, wszechświat, los - cokolwiek tam było, aby mnie wysłuchało.
Poprosiłem o ratunek dla C - w zamian za moją wolność. I chociaż wszyscy wiedzieli, że moja sprawa sądowa była jakimś chorym żartem - nie interesowało mnie, co się ze mną stanie - jego zdrowie było najważniejsze.
Tak więc, kiedy wszedłem do jego szpitalnego pokoju, uświadomiłem sobie, że to może być nasz ostatni wspólny dzień - jeśli moja modlitwa została tylko wysłuchana.

C spał. Wczoraj dostał chemię i to zawsze na drugi dzień odczuwał jej skutki najbardziej.
Nie obudziłem go, tylko po cichu usiadłem obok łóżka.
Po kilku minutach delikatnie dotknąłem jego dłoni, a on otworzył swoje zmęczone, lecz nadal piękne oczy. Uśmiechnął sie do mnie, a ja pocałowałem go w jego rozgrzane czoło.
Zapytał mnie, jak było w sądzie, na co ja odpowoedziałem, aby się niczym nie martwił, że wszystko będzie dobrze.
Starałem się nie rozpłakać.
Wkrótce C znów zasnął. Wtedy poleciały mi łzy.
Około 7 wieczorem, jedna z pielęgniarek weszła do pokoju. Uśmiechnęła sie i puściła mi oczko. Poznałem, że była to ta sama kobieta, która kiedyś podeszła do mnie, gdy siedziałem na zewnątrz oddziału, gdzie leżał C.
Czasami sobie tam popłakiwałem, zanim wyszedłem na zewnątrz.
Nie chciałem się mazać w metrze, więc wolałem się wypłakać w szpiatlu.
Nie umiałem się pogodzić z faktem, że codziennie musiałem go tam zostawiać - w tym szpitalnym łóżku.
Że nie mogliśmy razem wrócić do naszego domu. Że nie umiałem mu pomóc.
Kiedy ta pielęgniarka wtedy przy mnie usiadła, powiedziała, że płacz jest zdrowy. I że jestem odważny, że nie płaczę przy nim.
Powiedziała coś jeszcze, co zapamiętałem do dziś.
Stwierdziła, że jeśli moja miłość do C jest prawdziwa, to ta miłość go wyleczy.
I że jeśli on kocha mnie w ten sam sposób - wszystko się ułoży.
Spojrzałem na nią, nie wiedząc co odpowiedzieć. Nie zdążyłem wydobyć słowa, ponieważ ktoś ją zawołał i musiała natychmiast wracać do pracy. Zdążyłem jej tylko podziękować.
Nigdy mnie nie uściskała ani nie ujęła za rękę - ale to właśnie wtedy, na krótką chwilę - poczułem się bezpieczny.
Teraz sprawdziła mu szybko temperaturę ciała i podała zestaw lekarstw. Zaraz potem wyszła, życząc nam miłego wieczoru.
C znów zasnął, tym razem w moich ramionach. Położyłem sie na skrawku jego łóżka. Większa część mojego ciała zawieszona była w powietrzu, ale twardo opierałem się na jednej nodze. Wyglądałem pewnie komicznie, ale miałem to gdzieś.
Chciałem go tak trzymać w moich ramionach, jak długo się tylko dało.
Wiedziałem, że wkróte będę musiał iść.
Jego mama była w drodze do szpitala, a ona nigdy nie chciała zaakceptować ani mnie, ani faktu że C jest gejem i że jest w związku ze mną. Nie potrafiła cieszyć się naszą miłością. Kiedyś powiedziała do mnie, że nie życzy sobie przebywać w tym samym pomieszczeniu co ja. Nie chciałem się kłócić - liczyło sie tylko jego zdrowie i spokój.
Tak więc musiałem się zbierać.
Tak bardzo nie chciałem go zostawiać. Kiedy spróbowałem wydostać się z jego uścisku - on objął mnie jeszcze mocniej.
Chciałem tak trwać na zawsze.
Wszędzie natomiast słyszałem uciekający czas i bicie wszystkich zegarów świata...

Pocałowaliśmy się i poprosiłem go, aby był dzielny. Poprosiłem, aby był silny i żeby się o nic nie martwił, że wszystko będzie ok.
Przypomniałem mu, aby dbał o siebie, aby słuchał lekarzy i mamy. Aby pił jej domowej roboty zupki i soki.
Kiedy pocałował mnie, położyłem usta na jego czole. Poczułem wtedy, jakbym był w stanie odessać tego przeklętego raka z jego ciała. Wyobraziłem sobie, jak te wszystkie zainfekowane rakiem komórki pędzą w jego żyłach w kierunku moich ust i znikają w powietrzu.
Pomyślałem wtedy, że może to prawda - że może nasza miłość zwalczy wszystkie zło.
Po raz ostatni powiedziałem mu, że zawsze bedę go kochał - niezależnie od tego co się wydarzy. Powtórzyłem mu to, co mi zawsze mówił: "miłość zawsze zwycięża..."
Uśmiechnął się i powiedział: "Miłość zwycięża wszystko i nic tego nie zmieni..."
I to tyle.
Wyszedłem z pokoju. Przez małe okienko w drzwiach szybko spojrzałem na niego po raz ostatni jak układał się do snu.
Następnego dnia zamknięto mnie w więziennej celi.



Comments